CICHE SZALEŃSTWO

Wpisy

  • sobota, 12 stycznia 2013
    • Tatusiowanie

      Jako na pozór normalny, zdrowy i dorodny facet w wieku produkcyjnym, acz stanu wolnego,  muszę coraz częściej zmagać się z sugestiami dotyczącymi moich życiowych dróg. To zadziwiające, jak wiele pojawia się w moim otoczeniu  urzędów planowania rodziny. Być może niektórzy z zatroskanych członków rodziny spodziewają się, że pytania o to z kim i kiedy wreszcie będę zawierać święte związki i płodzić potomstwo, wywołają u mnie jakieś zakłopotanie i refleksję. Może chcą usłyszeć jak to ciężko w dzisiejszych czasach znaleźć odpowiednią kandydatkę na żonę, jak to jestem wybredny. Chętnie przytaczane są statystyki: tylu a tylu kolegów ze szkoły jest już żonatych, tylu spłodziło, tylu pcha już wózki, a koleżanki ze szkolnej ławy to już wszystkie zaobrączkowane. A ty?

      A ja śmieję się z prób wywierania presji, odwoływania do panujących mód. Najbardziej obce z obcych możliwych do przyjęcia motto życiowe to dla mnie "wszyscy mają mambę, mam i ja". Ciężko mi sobie wyobrazić życie jakiekolwiek parowanie z moim udziałem. Sama myśl, że planuję sobie w wolnym czasie tradycyjnie nic nie robić i leżeć przed telewizorem, a tu jakaś pani męczy mnie czułymi "kochanie chodźmy do kina, chodźmy na spacer, kochanie przytul, kochanie porozmawiaj ze mną" - napełnia mnie wstrętem. Nieliczne próby trwalszego, nie tylko doraźnego i podporządkowanego niskim instynktom, parowania, kończyły się zawsze niepowodzeniami. Brak zaangażowania wynika z braku potrzeby. Taka natura, taki mózg, styki nerwowe. Nie kryje się za tym żadna ideologia. A co dopiero, łohohoho, co dopiero jakieś papierkowe sankcje, śluby, wesela. Brzydzę się opowieściami o szukaniu sali, wynajmowaniu kapeli, kupowaniu obrączek. Mnie by się nie chciało wyrzucać pieniędzy w błoto. A co dopiero, łohohohoho i hej, co dopiero robienie dzieci. Po prostu nie wyobrażam sobie, abym czas i uwagę mógł kierować na jakąś małą, wstrętną istotę. Zasmarkaną, zaplutą, i zanieczyszczającą się na wszelkie możliwe sposoby. Jako człowiek bez uczuć, szczególnie nie wyobrażam sobie abym mógł lokować uczucia w dziecku. I nie skusi mnie nawet wizja darmowego partnera do gry w piłkę, i że będzie mi miał kto biegać do sklepu po piwo. Zbyt słabe to argumenty za rozmnażaniem, a i tak jedyne jakie znajduję.

       

      W prorodzinnych szturchańcach brylują oczywiście moi rodzice. Tuż przed ostatnią wigilią nastąpiło apogeum dziadziejących wywodów mojego taty.

      - Spójrz tylko, jak tu pusto, jak cicho. Wyobraź sobie jakby pięknie było gdyby było nas tu więcej. Gdybyś przyjechał na te święta z rodziną. Twoja żona uśmiechałaby się teraz do nas. Słodki dzieciaczek przybiegłby tutaj, wyciągnął rączki do ciebie, mówił tatuś, tatuś...

      - A ja bym bym go z kopa (nożna prezentacja przewidzianego rodzaju kopnięcia), i spadaj bachorze!

      Widok wyrazu twarzy nieogarniającego takiej odpowiedzi taty sprawił mi złośliwa satysfakcję a jego "jesteś popierdolony" nie wniosło nic nowego do mojego autopostrzegania. Natomiast przynajmniej czasowe wyciszenie tyrad o rodzinie, żonie i dzieciach za pomocą jednego zdania bardzo mnie ucieszyło.

       

       ***

       

      Chciałbym jednocześnie udowodnić jakoś, że nie jestem pozbawiony zdolności do czułości, troski, opiekuńczości, trzymania na rączkości, ciumciania słodkich słówek i wrażliwości na potrzebę bliskości ze strony takiego mniejszego, wrażliwego, lgnącego na rączki, potrzebującego zainterowania stworzenia.

      Takie dzieci mogę mieć:)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      sobota, 12 stycznia 2013 19:14
  • wtorek, 01 stycznia 2013
    • Nowy Rok, nowy zapał, czyli powrót blogera marnotrawnego

      Moje blogopisanie urywa się często w najmniej spodziewanych momentach. Najpierw jest odroczenie jednej ułożonej w głowie notki; na jutro, na pojutrze, na za tydzień. Po dwóch tygodniach logowanie na bloga zaczyna jakoś dziwnie parzyć, wstukanie każdego słowa już w tytule pochłania tak bardzo duuużo czasu i sił... Mija miesiąc i wyrzuty sumienia każą usunąć zakładkę do bloxa z menu przeglądarki tak by nie przypominały tego grzechu zaniechania. To wszystko jest trochę chore, ale cóż, ja nie jestem zdrowy:)

      Do reaktywacji zmusiło mnie postanowienie największego kalibru: postanowienie noworoczne. Złożone zostało uroczyście, chociaż internetowo, wobec świadka, który przyjął na siebie w tej sprawie obowiązki świętej inkwizycji oraz rachunku sumienia. Ponieważ deklaracje złożone samemu sobie w okolicach przełomu roku są w moim przypadku jedynymi mającymi szansę zrealizowania, możliwy jest wybuch blogowej gorliwości. Ten nowy zapał skutkować może wpisami wstecznymi, dotyczącymi wydarzeń z gatunku dawno i nieprawda, ale przypadającymi na blogowe milczenie.

       

      Na razie staram się spokojnie przeżyć najbardziej znienawidzony przeze mnie dzień w roku. O ile nie wypada w piątek lub sobotę, 1 stycznia oznacza koniec ferii świątecznych bądź wolnego; rychły powrót do szkoły bądź do pracy. Nowy Rok przeżywam zawsze w atmosferze skupienia przed uderzeniem huraganu. Jedynym pozytywnym elementem właściwym dla tej daty jest noworoczny koncert filharmoników wiedeńskich. Mimo niewielkiego zainteresowania muzyką klasyczną, co roku z dużym przejęciem oglądam w telewizji to widowisko. Niestety dziś zostałem przegłosowany i Wagner przegrał z Dennisem Rozrabiaką, Verdi z Kamilem Stochem. Retransmisja kwalifikacji do konkursu skoków szczęśliwie skończyła się przed finałowym Marszem Radeckiego. Do pozytywów mogę dziś zaliczyć jeszcze kolejne bieganie po polach z psem, któremu - dzięki nowym szelkom - wielką radochę sprawia rola siły pociągowej w naszym joggingowym duecie. I tyle, nowy 2013 czas zacząć. Nie ma sensu życzyć szczęśliwego. Ten rok już jest szczęśliwy, skoro zaczął się a miało go nie być. A jednak. Koniec świata nie wypalił. W kryzysie, bo w kryzysie, ale żyjemy. Czego chcieć więcej, o ludzkości.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 stycznia 2013 18:43
  • czwartek, 22 listopada 2012
    • Środowe przesilenie

      Przetrwanie środy daje nadzieję, że kiedyś naprawdę będzie piątek. To takie przesilenie. Zostały już tylko dwa dni, jakoś zleci. Wcześniej, od poniedziałku do środy nie było na to szans. Myślałem, że padnę i nie powstanę, że polegnę na posterunku w pracy albo pogrążę się już na zawsze w marazmie. Trzy dni to nie jest o wiele dłużej niż dwa dni. Różnica niewielka, ale nastawienie dużo bardziej pozytywne.

      Przesilenie dało mi siły do długiego siedzenia przed komputerem, minęła północ a ja ciągle nie padam. Nie wolno mi pójść spać jeszcze przez godzinę, aby minęły dwie godziny od obiadu. Oj, dziwne to czasy, w których pora obiadowa przypada na godzinę 23. Zrezygnuję z kolacji, bo o której miałbym ją zjeść? Cztery liche i nieregularne posiłki dziennie - Krzsztof Ibisz pgroziłby mi palcem. A wstrząsnąłby czupryną bez łupieżu i spojrzałby na mnie srogo jak w Czar Par, gdyby usłyszał, że dziś nie ćwiczyłem brzucha. Przepraszam, wiem jak miękki i rozległy jest już mój brzuch, ale wolałem w żaden sposób ni narażać kontuzjowanego kolana. Wczoraj coś mi przeskoczyła kiedy robiłem przysiady i przeskakuje boleśnie do tej pory.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Środowe przesilenie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 listopada 2012 00:26
  • poniedziałek, 19 listopada 2012
    • Trotyl, czyli zamach na pamięć o Smoleńsku

      Nie mam telewizora więc nie oglądam programów informacyjnych. Bardzo rzadko zaglądam na portale, z których mógłbym dowiedzieć się czegokolwiek o tym co aktualnie dzieje się w kraju i na świecie, poza światem sportu oczywiście. O wielu wydarzeniach, którymi żyje naród, nie mam bladego pojęcia. Ale na temat materiałów wybuchowych w tupolewie przebił się przez zapory mojej ignorancji. Przebił się z siłą trotylu.

      Poziom dyskusji na tematy społeczne i polityczne nie jest w Polsce zbyt wysoki. Żenadę kłótni o gospodarkę, finanse państwowe czy mniejszego kalibru zagadnienia, możemy przyjmować ze spokojem i śledzić jako wydarzenia kabaretowe. Jednak żenujący poziom sporu dotykającego śmierci wielu ludzi, cierpienia ich bliskich i niesamowitej straty organizmu państwowego jest tym co doprowadza mnie do wściekłości.

      Kiedyś mówiło się o sztucznej mgle. Filmiki z miejsca katastrofy przedstawiały wychodzących z wraku ocalonych pasażerów. Być może to ich wywoziły na sygnale karetki. Na innych filmikach ocaleni byli mordowani przez Rosjan. Zapewne tych wywiezionych karetkami zamordowano dopiero w szpitalu. Teraz okazało się, że w miejscu katastrofy znaleziono cząstki, które mogły należeć do rodzaju, do którego należą również materiały wybuchowe, a jednym z tych należących do tego rodzaju materiałów wybuchowych mógł być trotyl. Taka ewentualność staje się jednak w mgnieniu oka koronnym dowodem zamachy bombowego. Nagrania z czarnych skrzynek przeczą zamachu? Ale jaką one mają wartość wobec ewentualnego trotylu? Czarne skrzynki podrobione!

      Jedni popadają w śmieszność w swoich spiskowych teoriach, których naiwność świetnie pasuje do kiczowatych dzieł sztuk plastycznych poświęconych katastrofie smoleńskiej. Inni szydząc z Jarosława Kaczyńskiego czy Macierewicza przekrają granice dobrego smaku. Rozbicie się samolotu, śmierć, ciała, wrak, cierpienie - wydarzenia tamtego kwietnia stają się tylko narzędziami brutalnej walki politycznej. Straciły powagę i powściągliwość z jaka powinny być traktowane ze względu na szacunek dla tych, którzy zginęli. Przesyt treści smoleńskich powoduje społeczny odruch wymiotny w społeczeństwie walczącym z dużo mniej wzniosłymi, ale realnie odczuwanymi na własnej skórze problemami dnia codziennego. Jedni budują kapliczki w formie tupolewa, inni skandują "gdzie jest krzyż" w dyskotece.

      Za pół roku będzie wiadomo, czy był trotyl, czy tego nie było. Nie chcę przez pół roku słyszeć o tym kto kogo zabił tym trotylem. Chcę konferencji prasowej i komentarzy kiedy już będzie wiadomo. Nie chcę by politycy o władzę, a gazety o zyski, walczyli za pomocą Smoleńska. Wmawiali, że mamy żyć tą sprawą a nie wysokimi cenami gazu i niepewną kryzysową teraźniejszością. Ja Smoleńska mam dość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Trotyl, czyli zamach na pamięć o Smoleńsku”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 listopada 2012 22:05
  • piątek, 16 listopada 2012
    • Piątkowo

      Dotrwałem do weekendu - tej małej przerwy w cyklu praca-sen-praca. Zmęczenie robotą nie pozwoliło mi w pełni realizować swoich planów dotyczących zwiększania aktywności, ale staram się robić cokolwiek. Dziś, chcąc nacieszyć się piątkowym wieczorem, wypiłem napój energetyczny, po którym jestem naładowany energią jak Mike Tyson gdy odgryzał ucho Holyfieldowi. Tej energii wystarczy może na smęcenie się przed komputerem do północy, poczytanie czegoś, popisanie czegoś, z kimś, coś tam cokolwiek.

      Pracę w tym tygodniu urozmaicały mi nowe obowiązki. Zadanie szkolenia nowego nowego członka branżowej rodziny powierzono w w znacznym zakresie właśnie mnie. Ze względu na ogromny spokój i cierpliwość. Jestem taki bo mamusia poiła mnie jako niemowlaka herbatką z melisy bym nie budził jej w nocy głupimi płaczami. I teraz jestem jak Gal Obeliks, który wpładłszy jako dziecko do kociołka z magicznym napojem, zyskał już na całe życie nadludzkie siły zapewniane przez ten napój.

      Sięgam po tradycyjne cotygodniowe, piątkowe piwo. Niech nikt nie próbuje mi wmawiać, że alkohol nie jest sposobem na poprawienie nastroju. Mnie (tak, ostoja spokoju też potrzebuje rozluźnić się) nic lepiej nie uspokaja. Wszystkie igiełki trosk, stresów, które kłują mój umysł zostają stępione heinekenem. Nie potrzebuję więcej, upijać się, zapominać. Po prostu procenty zmniejszają moją wrażliwość. Łagodnie zamykam tydzień a od kolejnego oddziela mnie bufor soboty i niedzieli. Dlatego tak lubię piątkowe wieczory i nie chcę ich przesypiać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Piątkowo”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      piątek, 16 listopada 2012 22:39
  • sobota, 10 listopada 2012
    • Przypływ energii

      Od czasu do czasu czuję w sobie potrzebę zwiększenia życiowej aktywności. Budzi się ochota na rozwój zainteresowań, umiejętności, czerpania z życia tego co najlepsze, oddychania pełną piersią - czyli ogólnie na to wszystko, na co przez większość czasu nie chce mi się wcale. Na razie entuzjazm uniósł mnie z łóżka o 7.00. Wstać w sobotę o 7.00 i wybrać się na dwunastokilometrowy fitness marsz... Naprawdę wstąpiła we mnie moc, której źródeł nie jestem w stanie określić, przy czym transfer energii od zielonych ludzików, którzy przylecieli takim dużym latającym talerzem wydaje się najbardziej logicznym wytłumaczeniem.

      Energetyczny kop wielokierunkowy: coś dla ciała, coś dla ducha. Po kilkutygodniowej przerwie spowodowanej kontuzją szyji (ciągle jeszcze boli, mocno coś tam przeciążyłem), wracam do ćwiczeń domatora. Powrót do marszów i marszobiegów już zacząłem realizować. Powrót do reżimu żywieniowego wytyczonego przez dietetyczkę to kolejny punkt programu. Duszy dostanie się prenumerata tygodnika "Polityka" dla utrzymywania przy życiu ostatnich szarych komórek. Szykuje się też spora dawka innych lektur. Będzie też powtórka vademecum maturzysty z języka angielskiego bo moje choćby komunikatywne zdolności w tym zakresie spadły do zawstydzająco niskiego poziomu. Oprócz tego będzie rozglądanie się za jakimś kursem zawodowym i poważne działania w kwestii dokształcania, dorabiania i mnożenia fortuny.

      Jest przypływ energii, będzie też na pewno odpływ. Takie fazy robienia ze sobą czegokolwiek, nie trwają u mnie zbyt długo. Mam nadzieję, że nim wrócę do naturalnego dla mnie marazmu i wegetacji, zdążę zrealizować chociaż część z pomysłów, którymi bucha moja rozentuzjazmowana wyobraźnia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przypływ energii”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      sobota, 10 listopada 2012 11:18
  • sobota, 03 listopada 2012
    • Plakat motywujący

      Bardzo młodzi mężczyźni wieszają nad łóżkiem plakaty z gwiazdami sportu. Wizerunek idola zagrzewa do doskonalenia umiejętności na kolejnym wuefie. Bo w końcu największym marzeniem jest wtedy rzucać do kosza jak Michael Jordan, kopać na bramkę jak Zinedine Zidane czy np. ścigać się na rowerze tak jak Tomasz Gollob na motorze żużlowym. Nad moim łóżkiem najważniejsze były plakaty duńskiego bramkarza Petera Schmeichela i koszykarza NBA Granta Hilla.

      Troszkę więksi młodzi mężczyźni zdobią swe ściany plakatami z nieskromnymi kobietami w nieskromnych pozach, prezentującymi najróżniejsze zastosowania dla wielkich piersi. Papierowe żony. Ach, mieć taką laskę, odnaleźć w ziemskich, znanych laskach choć namiastkę takiego ciała...

      Nad moim łóżkiem znajduje się obecnie synteza obu plakatowych nurtów. Czołowe siatkarki plażowe świata w strojach służbowych patrzą mi głęboko w oczy i prezentując wysportowane ciała pytają "A co ty dziś zrobiłeś dla swojego brzucha?". Ktoś może twierdzić, że plakat ma nieść inne przesłanie jak np. "zapraszamy na zawody", ale ja wiem swoje. Podpis jednej z nich, zdobyty na zawodach World Tour, czyni plakat jeszcze bardziej sugestywnym. Z dumą spoglądam na moje trzy muzy przy każdej sesji ćwiczeń domatora i po powrocie z długiego marszu. Kiedy brak mi siły albo motywacji to ze wstydem omijam wzrokiem zajmowane przez nie miejsce na szafie. Odejmuję sobie wtedy często batonika od ust i nadrabiam zaległości w brzuszkach, pompkach i innych torturach. Wyobrażam sobie, że kiedyś wychodzę z jedną z nich na kilka sparingowych odbić, że zdejmuję koszulkę  i... I muszę być gotowy, muszę wyglądać przyzwoicie, nie mogę się zaniedbać. I nieważne jak dziwaczne są to fantazje i motywacje - są skuteczne:)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      sobota, 03 listopada 2012 18:34
  • sobota, 27 października 2012
    • Obywatel GG

      Na co dzień nie mam w mieszkaniu dostępu do żadnej telewizji. Kiedy jestem z wizytą u rodziców to lubię nacieszyć się cyfrowym polsatem i czasami "przelecieć" programy w poszukiwaniu czegoś ciekawego (jak wiadomo im więcej kanałów, tym trudniej o jakiś ciekawy). Robiąc taki przegląd, zobaczyłem w polu informacji o aktualnie nadawanym kanale tytuł "Polskie drogi: Obywatel GG". Natychmiast mnie to zainteresowało. Oczywiście gdy uświadomiłem sobie, że właśnie ten program chcę obejrzeć, byłem już za sprawą kiepskiego refleksu 10 kanałów dalej. Pokonując pilotem drogę powrotną, zastanawiałem się co takiego obejrzę. Pod pomysłowym tytułem "Obywatel GG" spodziewałem się ciekawego, psychologicznego i socjologicznego studium wpływu programu Gadu-Gadu czy ogólnie komunikatorów internetowych na życie Polaków. Oddziaływania tej aplikacji na formowanie wzorów komunikowania i systemu wartości młodego młodego pokolenia. Dobrze, że ktoś zajął się tym tematem. O, już jest... Młody Karol Strasburger dyskutuje o sposobach walki z hitlerowcami? Co to jest? Chyba pomyliłem kanały. A poza tym to naprawdę Strasburger zajmował się w życiu czymkolwiek innym niż prowadzeniem Familiady? Jeszcze raz rzut oka na info. Polskie drogi, serial historyczny...

       

      Chyba bardziej zasmucił mnie niż rozbawił ten automatyzm każący skrót gg kojarzyć jedynie z komputerem, żółtym słoneczkiem i rozmowami tekstowymi do białego rana. Nawet z mojej długo napakowanej tematyką historyczną głowy wywietrzało rozkodowanie tego skrótu jako Generalne Gubernatorstwo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      sobota, 27 października 2012 09:07
  • poniedziałek, 22 października 2012
    • Zaległy-aktualny-wpis jesienny

      Tę notkę miałem napisać równo tydzień temu. Jak to jednak zwykle bywa, po godzinach rozmyślania o aktywnym, wyjazdowym weekendzie i pięknej złotej jesieni, zabrakło odrobiny czasu i mobilizacji aby przelać myśli na klawiaturę. Po siedmiu dniach okazuje się, że okoliczności inspirujące do stworzenia tamtego wpisu powtórzyły się. Siła analogii działa zawstydzająco, sumienie leniwego blogera każe działać.

       

      Nie ma miejsca na sobotnie spanie do południa. Od rana za oknem pociągu, tak jak poprzednio autobusu, przesuwają się jesienne krajobrazy. Wywołują wspomnienia ilustracji z podręczników do drugiej czy trzeciej klasy szkoły podstawowej. Wtedy te scenerie da dzieci zbierających kasztany czy zwierząt szykujących się do snu zimowego wydawały mi się sztuczne i wyidealizowane. Może po prostu zbyt szybko uciekałem od tych dziecinnych tematów do poważnych stron, czyli tych o wojsku, gdzie jechały czołgi a dzieci wręczały kwiaty żołnierzom. Teraz myślę sobie, że te obrazki nie były przesadzone. Oglądam na żywo jak lasy mienią się wszystkimi odcieniami żółtego, złotego, czerwonego... Jednym słowem nastąpiła obfitość kolorów, których jako prawdziwy mężczyzna, nie podejmę się nazwać, ani tym bardziej szczegółowo się nimi zachwycać. Kolory jesieni, czyli kolory więdnięcia, przemijania, mieszają się z pełną życia zielenią. Dużo jej jeszcze na łąkach, trawnikach, przydrożnych rowach. Dawno nie padał deszcz więc wszystko to jest  suche, estetyczne. Nie czuje się jeszcze zapachu jesieni - zapachu liści gnijących podczas słoty. Teraz jest pogodnie. Bezchmurne niebo. Słońce przyjemnie nagrzewa, ale przede wszystkim mocno wszystko oświetla. Barwy drzew, traw, elewacji budynków, dachów, samochodów; wszystkie są nasycone. Nawet płyta krawędzi peronu pokazuje swoją najlepszą ostrzegawczą czerwień. Mam wrażenie przebywania na gigantycznym planie filmowym czy fotograficznym, podrasowanym przez speców od oświetlenia dla uzyskania maksymalnej wyrazistości. Jakby zaraz pojawić mieli się aktorzy wymachujący pistoletami na potrzeby jakiegoś sensacyjnej produkcji; albo nowożeńcy pozujący w ckliwych pozach w ramach wypieszczonej sesji ślubnej. Myślę, że mnóstwo ludzi biega teraz z aparatem fotograficznym aby zdążyć uwiecznić ten urzekający moment w roku.

       

      Może to właśnie świadomość chwilowego charakteru złotego czasu i zbliżających się długich miesięcy zimna i i szarzyzny, zwiększa ludzką aktywność. Z nutką nostalgii w rozbujanej duszy chce się wykorzystać ten czas. Moje wojaże szczęśliwie przypadły akurat na ten czas. Oderwanie od codzienności, ciut podniecenia jak na planie filmowym. Ulotne chwile wtapiające się na zawsze w pamięć. By trochę przeżyć.  Żeby nie było, że nie żyję, nie czuję. Chociaż chwilami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 października 2012 21:48
  • poniedziałek, 08 października 2012
    • Poniedziałek

      Poniedziałek rano:

      Nie, nie, jeszcze chwila, jeszcze nie chcę wstawać i zaczynać nowego tygodnia. Tak bardzo
      miałem dość w piątek wieczorem. Myślałem sobie: jak to dobrze, że już koniec, następnego tygodnia to ja bym już chyba nieprzeżył. Kiedy to było? Piątek wieczorem, rany, chwila temu, kiedy umknął mi ten weekend, ten cały wypoczynek, gdzie? Z niedzieli na poniedziałek nie kładę się spać by dodać sobie te kilka wolnych godzin. Spędzone na śnie byłyby jak mgnienie oka. W końcu jednak trzeba wstać i iść. Powstań i walcz. W poniedziałek praca niby taka sama jak w każdy inny dzień. Ale jednak cięższa. Ale jednak dłuższa. Przede mną całe pięć dni. 

      Poniedziałek wieczorem:

      Ufff, dzień jak co dzień, tylko jestem trochę niewyspany. Właściwie dlaczego nie spałem? Szara rzeczywistość jest szara jak zawsze. Rutynowo, stabilnie, bezpiecznie szara. A do weekendu pozostały jeszcze tylko cztery dni.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      draco_ltd
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 października 2012 23:50